menu Menu
Osoba represjonowana
Jak ktoś jedzie wózkiem inwalidzkim ku śmierci, to nie należy go zatrzymywać, bo jeszcze może kogoś pociągnąć ze sobą w mrok.
Mirosław Miniszewski Post w kategorii We wsi obok 23 grudnia 2019 0 komentarzy 2 minut lektury
Wigilia Poprzedni Wypadek przed świętami Następny

Ugotowałem kartofle i poszedłem na drogę wydyszeć znienawidzenie świata. Szedłem drogą. Pod nogami śnieżna breja. Dookoła gnijące powietrze. Droga pusta, dopiero kilkanaście kilometrów dalej gmina. Nagle zobaczyłem jak od jej strony porusza się jakaś postać. Był to człowiek na wózku inwalidzkim, bez rąk i bez nóg. Jechał siłą rozpędu, bo kilka kilometrów lekko z górki jest akurat. Jechał i wył potwornie.

Poznałem go. To osoba represjonowana. Nogi wyrywali mu z dupy w 1982 roku komuniści w czasie stanu wojennego. Ręce zaś wyrwała mu maszyna w fabryce o kapitale niemieckim, do której poszedł tyrać w 1994, jak mu rentę zabrali. Zastanowiło mnie dokąd może on jechać w ciemności, w zgniłym powietrzu i po śnieżnej brei. Dokąd może jechać, skoro tam, dokąd jedzie, nic nie ma – bagna tylko straszliwe i chuj wie co jeszcze, bo mało kto tam się zapuszcza.

Na drodze pojawiła się też Baba Chwałpa Bantu i razem patrzeliśmy, jak represjonowany jedzie i wyje. Baba powiedziała, że musiał go ktoś pchnąć w gminie na tym wózku, że aż tu z rozpędu dojechał. Dodała, że pewnie nikomu niepotrzebny jest bez tych rąk, bez nóg, bez renty i wypchnęli go precz w pustkowie przed samą wigilią. Patrzeliśmy, jak kaleka znikał w ciemności drogi wiodącej ku bagnom.

Zapytałem Baby, czy nie lepiej było go zatrzymać i zaopiekować się nim. Odpowiedziała, że o tej porze roku, w czas przesilenia zimowego, jak ktoś jedzie ku śmierci, to nie należy go zatrzymywać, bo jeszcze może pociągnąć ze sobą w mrok pod Przestworem. Rok temu siabrauka jedna z sąsiedniej wioski wyszła nagle z domu jak stała, poszła precz ku ciemności na zatracenie i jedna taka chciała ją zatrzymać, zaopiekować się. Wiosną drwale znaleźli oba babie truchła, jak spuchnięte wypłynęły z bagna sine i ze ślepiami wybałuszonymi, jakby w godzinie śmierci potworność jakąś widziały okrutną.

Kaleka zniknął i wycie ustało. Zapadła cisza. Ja poszedłem w swoją stronę ku chacie, a Baba Chwałpa do swej siedziby na moczarach. Wracając, myślałem o tych kartoflach, co ich nagotowałem i o tym, że nawet ich nie tknę, bo jedzenie mnie brzydzi ostatnio.


Poprzedni Następny

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Zrezygnuj Opublikuj komentarz

keyboard_arrow_up