menu Menu
Kandydat w żakardowym garniturze
O tym, jak w jednej wsi rodzice chcieli wydać za mąż piękną córkę.
Mirosław Miniszewski Post w kategorii We wsi obok 6 kwietnia 2020 Jeden komentarz 4 minut lektury
Mamo, człowiek! Poprzedni Mgła Następny

W jednej wsi w gminie doszło do bardzo nieprzyjemnych, wręcz straszliwych wydarzeń. Mieszkało tam małżeństwo z córką na wydaniu. Bardzo piękna dziewczyna. Tak piękna, że jak się na nią patrzyło, to człowiek od razu czuł się brzydki i brudny. Rodzice zaś to prości ludzie, żeby nie powiedzieć zwykłe chamy. Nie przelewa się w chałupie, a i sama wieś jest bardzo biedna. Jedyna dobra rzecz w okolicy to ta córka. Rodzice traktowali ją jak inwestycję, jako swoje emerytalne zabezpieczenie. Dlatego też, jak tylko jakiś miejscowy kawaler pojawiał się w okolicach wsi i zwracał na nią uwagę był brutalnie przeganiany. Ojciec mówił, że znajdzie jej odpowiedniego kandydata.

W tym roku dziewczyna skończyła osiemnaście lat i ojciec postanowił, że wyjdzie za mąż. Jeździł po powiecie i województwie i znalazł jednego. Przedsiębiorca rolny, handlarz nawozami, właściciel fermy kurczaków i kaczek, obszarnik z uprawami na pięciuset hektarach. Nadszedł czas na okazanie mu córki. Przyjechał w jedną sobotę bardzo drogim samochodem z grupą asystentów. Był ubrany w żakardowy garnitur z motywami roślinnymi, jakieś kurwa kwiaty takie, paprocie albo chuj wie co jeszcze. Kiedy tylko wyszedł z auta, zaczęło śmierdzieć i ludzie, a zbiegła się cała wieś, zaczęli się krzywić. Kandydat na to oznajmił, że on wie, że śmierdzi, ale to żakard, a ten materiał ma to do siebie, że z czasem zaczyna cuchnąć, ale jest bardzo drogi, więc smród jest nieważny. Rodzice dziewczyny pokiwali głowami ze zrozumieniem. Zaprosili go do domu i tam zaczęły się negocjacje. W tym czasie kandydat spoglądał na córkę, śliniąc się obficie, a usta miał wielkie, takie obrzmiałe jakby. Propozycja była następująca. Oni dają mu córkę, a on płaci ojcu trzysta tysięcy złotych od razu, drugie tyle w dniu ślubu i potem po sto pięćdziesiąt tysięcy rocznie aż do ich śmierci. Za każde urodzone przez dziewczynę dziecko płaci ojcu dodatkowo po siedemdziesiąt tysięcy złotych. Oprócz tego ma też przyszłym teściom kupić dobry samochód terenowy i opłacić sanatorium w Dusznikach Zdroju, bo są bardzo schorowani.  Kandydat się zgodził.

Po podpisaniu umowy wszyscy wyszli na zewnątrz i ogłosili zawarcie zaręczyn. Wtedy też asystenci kandydata przynieśli pieniądze i zaczęli wypłacać ojcu. Okazało się jednak, że banknoty są oblepione gównem – chyba gównem, bo czymś takim brązowym i śmierdzącym. Ojcu jednak w ogóle nie przeszkadzało to coś na banknotach. Kiedy wypłata się skończyła, zgodnie z miejscowym zwyczajem kandydat miał publicznie pocałować narzeczoną. Chwycił ją za talię, szarpnięciem przyciągnął do siebie i wpił się w jej usta, na co dziewczyna zwymiotowała. Czarnym likiwdem rzygała straszliwie przez kilka minut, ale potem przeprosiła i powiedziała, że to od stresu, ale to gówno prawda, bo po prostu facetowi z japy jebało. Rodzice na to zaczęli się śmiać, śmiał się też kandydat i dalej całował dziewczynę, chociaż była świeżo po wymiotowaniu.

Na to wszystko patrzyli ludzie i kiwali głowami z dezaprobatą. Mówili, że chociaż są biedni, to jednak mają honor, a te chamy sprzedały córkę jak krowę jakąś albo konia. Kandydat zobaczył, że atmosfera jest nieciekawa i chciał wypłacić każdemu z mieszkańców wsi po dziesięć tysięcy złotych, ale ci gotówki nie przyjęli i poszli do swoich chałup.

Ojciec zabrał do domu pieniądze i razem z matką liczyli je przy stole, czy aby kandydat ich nie oszukał. Wszystko było w porządku. Matka wzięła od razu z tych pieniędzy sto złotych i pojechała na rowerze do sklepu w gminie po pralinki czekoladowe i po schab na kotlety. Kiedy wróciła, córka się rzuciła łapczywie na czekoladki, bo od wielu dni nic nie jadła, aby schudnąć na okazanie kandydatowi – żeby lepszą kasę ojciec mógł wziąć za nią. Kiedy tak jadła te praliny, zakrztusiła się jedną i po kilku minutach zmarła, zatkawszy się czekoladą na amen.

import_contacts

Książka
OPOWIEŚCI ZE WSI OBOK

35 zł + koszty wysyłki


Poprzedni Następny

Subscribe
Powiadom o
guest
1 Komentarz
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Jacenty z akalic Białegostoku

prawda ci za te praliny, ja nie na widzę ich, i dbam o swój żywot, z reszto u nas w akalicy Białegostoku, take praliny to sołtys Leonid zabronił w sklepach GS-owskich prodawać, lepiej u Kochańskiej piwo zamówić, jest płynne, no chyba że nie w te dudke się wleje 😉 .

keyboard_arrow_up